ANSWERFIRST: Używanie logo bez zgody na stronie to powszechny błąd, który może kosztować firmę nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Poznaj historię sklepu z Białegostoku, psychologię „chomika” i praktyczne porady, jak uniknąć problemów z prawem autorskim i znakami towarowymi.
Używanie logo bez zgody na stronie – dziki zachód, który może Cię kosztować firmę
Jeśli nie masz pisemnej zgody na – użycie logo innej firmy na swojej stronie, to łamiesz prawo. Kropka. Nieważne, czy to twój ulubiony dostawca kawy, klient, któremu zrobiłeś stronę za 1500 zł, czy wielka korporacja, której części zamienne montujesz na zapleczu. Prawo autorskie i własność przemysłowa mają to głęboko gdzieś. Albo masz zgodę, albo jesteś piratem drogowym, który jeszcze nie dostał mandatu. I jeździsz tak sobie, z palcem w nosie, dopóki nie wpadniesz na policjanta, który akurat ma gorszy dzień.

W Białymstoku, na ulicy Świętego Rocha, stał sobie nieduży sklep z częściami do telefonów. Facet naprawiał iPhone’y i Samsungi. Na stronie internetowej, dumnie, prezentowały się ich loga. No bo przecież oczywiste – jak naprawiasz, to pokazujesz, co umiesz naprawić. Do tego na fakturach i w opisach delikatnie sugerował, że używa oryginalnych części. Nie pisał wprost, ale klient mógł odnieść takie wrażenie.
Skończyło się policją, najazdem urzędników i zamknięciem biznesu.
Nie dlatego, że źle naprawiał. Dlatego, że komuś w centrali Apple’a lub Samsunga włączył się monitoring. Ktoś wpisał w wyszukiwarkę „Białystok serwis iPhone”, wszedł na stronę, zobaczył loga, zobaczył opis, połączył kropki i wysłał zgłoszenie. A potem już poszło. Mały sklepik na Świętego Rocha przestał istnieć.
Dziki zachód używania logo bez zgody – czyli jak wszyscy łamiemy prawo i mamy to w dupie
Spójrzmy prawdzie w oczy. Każdy z nas, kto prowadzi firmę dłużej niż pięć minut, choć raz w życiu wrzucił na swoją stronę logo, do którego nie miał prawa. Każdy.
Otwierasz stronę konkurencji, a tam dumnie prezentują się logotypy. Mercedes, Google, Coca-Cola, a obok nich, z dumą, „Firma Hydrauliczna Kaziu”. I myślisz sobie: „O, ale profeska, Kaziu współpracuje z Mercedesem!”..
No nie, Kaziu, nie współpracujesz. Ty im wymieniłeś syfon w toalecie w salonie Mercedesa trzy lata temu. I to na cito, bo w kiblu stała kolejka klientów. I dobrze to zrobiłeś, bo jesteś spoko hydraulikiem. Ale to nie jest partnerstwo. To jest jednorazowa usługa hydrauliczna. A logo wisi do dziś.
Kaziu ma teraz na stronie złote gwiazdy, które go uwiarygodniają. Klient wchodzi, widzi Mercedesa i myśli: „O, skoro oni im ufają, to i ja mogę”. I Kaziu ma nowe zlecenia.
Problem? Kaziu nie ma na to żadnej zgody. Ani pisemnej, ani mailowej, ani nawet ustnej. On po prostu wziął logo ze strony Mercedesa, wrzucił na swoją i tyle. I wiecie co? W 99% przypadków tak to właśnie działa. I w 99% przypadków nikt nawet nie zwraca na to uwagi.
Zrobiłem kiedyś szybki audyt. Wziąłem 100 stron lokalnych firm z Białegostoku i okolic. Firm, które mają stronę internetową i jakąś sekcję „Nasi klienci”, „Partnerzy” czy „Zaufali nam”. Wiecie ile z nich miało loga, do których mogły nie mieć prawa? 82. Osiemdziesiąt dwie.
I wiecie co? Żyją. Prowadzą biznes, nikt ich nie ściga, nikt nie wysyła wezwań. Bo lokalny hydraulik, sklep osiedlowy, czy nawet całkiem spora firma budowlana – oni nie mają działów prawnych. Nie mają czasu ani ochoty, żeby ścigać kogoś za to, że używa ich logo. Często nawet nie wiedzą, że ich logo wisi na obcych stronach.
To jest właśnie ten dziki zachód. Prawie wszyscy to robią. I prawie wszystkim to uchodzi na sucho.
Ale uwaga. To „prawie” robi wielką różnicę.
Bo ten jeden procent, ta jedna firma na sto, która jednak ma dział prawny, która jednak ma wytyczne, która jednak ma ludzi, którzy siedzą i szukają w Internecie, kto bezprawnie używa ich znaków – ta jedna firma potrafi rozwalić ci biznes.
Nawet jeśli jesteś tylko małym punktem na Świętego Rocha.

McDonald’s vs partnerstwo – czyli dlaczego twoja praca w weekendy to nie współpraca B2B (i jak nie popełnić błędu)
No dobra. Hydraulik Kaziu to jedno. Ale przejdźmy do czegoś, co mnie osobiście pierdoli.
Spotykam się z tym nagminnie. Wchodzę na stronę jakiejś świeżo upieczonej agencji, firmy szkoleniowej, czy nawet całkiem sporego software house’u. I widzę w sekcji „Nasi partnerzy” złote łuki McDonald’s. Albo logo Coca-Coli. Albo Apple. Albo Samsunga.
I myślę sobie: serio? Ty, z biurem na poddaszu u teściów, jesteś partnerem Coca-Coli? Naprawdę?
Zaczynam drążyć. Okazuje się, że Kowalski raz w życiu zrobił zdjęcie hamburgera na zlecenie lokalnej agencji reklamowej, która robiła kampanię dla McDonald’s. I na tej podstawie Kowalski wrzuca sobie złote łuki do portfolio i na stronę. „Współpracowałem z McDonald’s”. No kurwa, współpracowałeś? Bo ja myślałem, że po prostu dostałeś 300 zł za godzinę zdjęć i poszedłeś w chuj.
Albo scenariusz numer dwa. „Mam w swojej ofercie szkolenia z Excela, a Microsoft to mój partner”. Na jakiej podstawie? Bo używasz Office’a? Bo masz windowsa w laptopie? Bo kiedyś zdałeś certyfikat, który ważny był dwa lata i stracił ważność w 2017?
To jest ten sam poziom myślenia, co „kupuję Colę w Biedronce, więc współpracuję z Coca-Colą” – poziom myślenia, który tłumaczy psychologia sprzedaży.
No i technicznie – mają rację. Kupują. Współpraca to słowo, które można naginać. Tylko że Coca-Cola może mieć na ten temat inne zdanie. I wiecie co? To ich zdanie się liczy. Nie twoje.
🧠 DAWIDOFF: CHOMIK W SUPERMARKECIE – psychologia bezprawnego użycia logo
Słuchajcie, Madi ma rację, że go to wkurwia. Ale ja wam powiem, skąd to się w ogóle bierze. Bo to nie jest tak, że ci wszyscy Kowalscy to oszuści i złodzieje. Oni po prostu mają popsuty system operacyjny.
Wasz mózg to leniwy skąpiec. On nie lubi tracić energii na rozróżnianie subtelnych kategorii. Dla niego świat jest prosty: „znajome” = „bezpieczne” = „moje”.
I teraz patrzcie. Kowalski widzi logo McDonald’s. Widzi je codziennie na bilbordach, w telewizji, na opakowaniu swojego śniadania. To logo jest dla niego znajome. Mózg mówi: „O, to nasze, to lubimy, to jest OK”. I kiedy Kowalski myśli o swoich dotychczasowych zleceniach, mózg podpowiada: „A pamiętasz, jak robiłeś te zdjęcia hamburgera? Też było logo McDonald’s. To na pewno jest powiązane”.
I pyk. W mózgu zapala się dioda: „McDonald’s = znajome = współpraca”. Kowalski nawet nie kłamie świadomie. On naprawdę wierzy, że to ma sens. Bo jego wewnętrzny chomik, ten mały przerażony gryzoń z sawanny, który odpowiada za szybkie skojarzenia, właśnie dostał sygnał: „Wrzucaj, to podnosi status, to bezpieczne, wszyscy to znają”.
Problem w tym, że chomik nie ogarnia pojęcia „dział prawny”. Dla chomika logo to obrazek. Dla Coca-Coli to broń. I jak już mówiliśmy – broń, której chętnie używają.
Dawidoff, ty to masz dar do tłumaczenia. Czyli mówisz, że Kowalski to nie jest złodziej, tylko ma w głowie chorego chomika, który mu podpowiada głupoty?
No dobra, niech ci będzie. Ale powiedz mi w takim razie: co z tym zrobić? Bo jak Kowalski przeczyta twój wywód, to pewnie pomyśli: „No dobra, ale przecież ja naprawdę robiłem te zdjęcia, to chyba mogę?”.
No nie, Kowalski, nie możesz.
I tu wjeżdżamy w sedno. Granica między „byłem na zleceniu” a „jesteśmy partnerami” jest gruba jak mur chiński. I jak jej nie szanujesz, to ten mur może na ciebie paść.
Pomyśl o tym tak: jak byś zareagował, gdyby twój były klient, któremu zrobiłeś stronę za 1500 zł trzy lata temu, teraz wrzucił sobie twoje logo na swoją stronę w sekcji „Nasi wykonawcy” i twierdził, że nadal dla niego pracujesz? Nawet by cię nie zapytał. Też byś miał w dupie? Czy jednak byś się wkurwił?
No właśnie.
Gdzie leży granica legalnego używania logo? (Albo: Google Ci tego nie wybaczy)
No dobra. Mamy Kazia hydraulika, mamy Kowalskiego fotografa. Wszystko gra, wszyscy są szczęśliwi, nikt nikogo nie ściga. Pytanie brzmi: gdzie jest ta granica? Kiedy kończy się „lokalny luz”, a zaczyna „jazda bez trzymanki, która może rozwalić ci firmę”?
Odpowiedź jest prosta. Granica przebiega tam, gdzie zaczynają się ludzie, którym płacą za to, żeby cię znaleźli.
Mówię o działach prawnych. Mówię o korporacjach, które mają w swoim budżecie pozycję „monitoring naruszeń znaków towarowych” i człowieka, który siedzi i wpisuje w Google „Białystok iPhone serwis” – nie dlatego, że chce coś kupić, tylko dlatego, że szuka kogoś, komu może wysłać wezwanie. To jeden z błędów, które psują 90% stron firmowych.
I teraz uważaj. Bo to nie jest tak, że Apple czy Samsung polują na każdego. Oni mają skalę. Oni nie będą wysyłać pism do hydraulika Kazia, bo Kazio im nie zabiera rynku. Ale jak ktoś zaczyna grzebać przy ich ekosystemie – przy częściach, przy serwisie, przy gwarancjach – to wtedy włącza się tryb „niszczenie”.
Pamiętacie historię ze Świętego Rocha, którą opowiedziałem na początku?
Doprecyzuję, bo nie chcę siać paniki bez powodu. Tamten facet nie został zamknięty tylko dlatego, że wrzucił logo Apple i Samsunga na stronę. To byłby absurd. Gdyby tylko wrzucił logo, dostałby pewnie wezwanie do usunięcia, usunąłby i tyle.
Problem był głębszy.
On używał nieoryginalnych części i na fakturach, w opisach, w rozmowach z klientami – sugerował, że to części oryginalne. Albo przynajmniej nie prostował, gdy klient tak myślał. A na stronie, obok logo Apple, pisał coś w stylu „serwis iPhone na oryginalnych częściach” – i to było kłamstwo.
I wtedy wjechali.
Bo dla Apple to nie jest już kwestia „ktoś wrzucił nasze logo bez zgody”. To jest kwestia: „ktoś używa naszego znaku towarowego, żeby robić klientów w balona i sprzedawać im podróbki, a przy okazji psuć reputację naszej marki”.
I wtedy z małego sklepiku na Świętego Rocha robi się cel.
Przyszli. Policja, urzędnicy, cała ta maszyna. Nie dlatego, że facet był złym człowiekiem. Dlatego, że wpadł w tryby, które są zaprojektowane po to, żeby mielić.
🧠 DAWIDOFF: CHOMIK W RESORCIE – czyli jak prawnicy polują na nielegalne loga
Słuchajcie, Madi opowiedział tę historię i teraz pewnie część z was myśli: „No dobra, ale ja nie oszukuję, ja tylko wrzucam logo”.
I tu jest pies pogrzebany. Dla was to „tylko logo”. Dla Apple to część systemu. A w tym systemie nie ma miejsca na „tylko”.
To jest ten moment, kiedy wasz wewnętrzny chomik, który do tej pory siedział zadowolony na sawannie i machał łapką na widok znajomego obrazka, nagle dostaje obuchem w łeb. Bo okazuje się, że ten tygrys w krzakach, który miał być tylko wiatrem, jednak istniał. I nie był wiatrem. Był głodnym prawnikiem z arsenałem paragrafów.
I teraz chomik panikuje. I mówi: „Ale jak to? Przecież wszyscy to robią! Przecież to tylko logo!”.
No właśnie. Tylko że „tylko logo” dla Apple to jest narzędzie do zarabiania pieniędzy. I jak zaczynasz używać tego narzędzia bez pytania, to prędzej czy później ktoś cię zapyta: „A ty kim jesteś, żeby dotykać naszych rzeczy?”.
Dawidoff, dobra, wystraszyłeś ludzi. I dobrze. Bo powinni się bać.
Ale teraz konkretnie. Kogo konkretnie musisz się bać? Gdzie jest ta granica?
Otóż – im bardziej rozpoznawalna marka, tym większe ryzyko. Im więcej mają do stracenia, tym bardziej będą cię ścigać.
Google – jeśli nie jesteś Google Partners i nie masz podpisanej umowy, to wrzucenie ich logo to proszenie się o problem. Oni mają algorytmy do wszystkiego. Myślisz, że nie mają do monitorowania swoich znaków towarowych?
Meta – to samo. Facebook, Instagram, te sprawy. Jak wrzucisz „Meta Business Partner”, a nie jesteś, to możesz się pożegnać z kontami reklamowymi. A bez nich w dzisiejszych czasach żyjesz?
Microsoft – mają całe działy, które tylko sprawdzają, czy ktoś nie udaje ich partnera.
I tu wracamy do punktu wyjścia. Jeśli jesteś Kaziem hydraulikiem i wrzucisz logo lokalnego sklepu żelaznego, to nikt nie przyjdzie. Ale jeśli jesteś Kaziem hydraulikiem i wrzucisz złote łuki McDonald’s, to ryzykujesz, że ktoś w centrali, komu się nudzi, kliknie w twoją stronę i wyśle maila: „Usuńcie to natychmiast, bo was podamy do sądu”.
I wiesz co? Oni nie będą sprawdzać, czy faktycznie robiłeś im zdjęcia, czy nie. Oni po prostu wyślą pismo. Bo mają to w procedurze.
📐 MARKOW: KALKULACJA KOSZTÓW NARUSZENIA PRAW DO LOGO – ile naprawdę możesz stracić?
Madi opisał mechanizm i emocje. Dawidoff zilustrował biologię podejmowania decyzji. Moja rola jest inna: skwantyfikować ryzyko.
Czym jest znak towarowy? To oznaczenie (np. logo, nazwa), które odróżnia towary jednego przedsiębiorstwa od innych. Rejestracja w Urzędzie Patentowym daje wyłączność na jego używanie.
Poniżej znajduje się analiza potencjalnych kosztów związanych z nieuprawnionym użyciem logo na stronie internetowej. (Jeśli interesują Cię koszty utrzymania strony, mamy osobny artykuł.) Dane oparto na obowiązujących przepisach prawa polskiego (ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, ustawa Prawo własności przemysłowej) oraz na średnich wartościach rynkowych obsługi prawnej.

Roszczenia z tytułu naruszenia praw autorskich (art. 79 ustawy)
Jeśli logo kwalifikuje się jako utwór (spełnia przesłanki oryginalności), jego bezprawne użycie uruchamia roszczenia majątkowe.
Uprawniony może żądać:
- Zapłaty wielokrotności wynagrodzenia: Dwukrotności, a w przypadku naruszenia zawinionego – trzykrotności hipotetycznego wynagrodzenia, jakie byłoby należne za udzielenie zgody.
- Odszkodowania na zasadach ogólnych: Wykazanie rzeczywistej szkody.
Szacunkowe wartości:
- Dla małej, lokalnej firmy: hipotetyczne wynagrodzenie licencyjne = 500 – 2000 zł.
Potencjalne roszczenie (3x): 1500 – 6000 zł. - Dla średniej firmy o zasięgu ogólnopolskim: hipotetyczne wynagrodzenie = 3000 – 10 000 zł.
Potencjalne roszczenie (3x): 9000 – 30 000 zł. - Dla podmiotu o ugruntowanej marce (np. rozpoznawalny dostawca usług B2B): wartości wyższe, zależne od stawek rynkowych.
Roszczenia z tytułu naruszenia prawa ochronnego na znak towarowy (art. 296 p.w.p.)
Większość firm rejestruje swoje logo jako znak towarowy. To odrębny reżim ochrony, często silniejszy.
Uprawniony może żądać:
- Wydania bezpodstawnie uzyskanych korzyści.
- Odszkodowania na zasadach ogólnych (wykazanie szkody).
Konsekwencje dodatkowe:
- Zakaz dalszego używania znaku.
- Nakaz usunięcia skutków naruszenia (np. publikacja oświadczenia).
- Podanie wyroku do publicznej wiadomości.
Koszty sądowe i egzekucyjne: W przypadku przegranej sprawy, naruszyciel zobowiązany jest do zwrotu kosztów zastępstwa procesowego strony przeciwnej. Wartość tych kosztów zależy od wartości przedmiotu sporu, ale w sprawach o naruszenie znaków towarowych często oscyluje w granicach 5000 – 20 000 zł.
Odpowiedzialność karna (art. 305 ustawy Prawo własności przemysłowej)
Wprowadzanie do obrotu towarów oznaczonych podrobionym znakiem towarowym lub posługiwanie się takim znakiem w celu wprowadzenia w błąd jest zagrożone:
- Grzywną.
- Ograniczeniem wolności.
- Pozbawieniem wolności do lat 2.
Komentarz: W praktyce gospodarczej, przy pierwszym naruszeniu i braku znacznej szkody, sprawy karne są rzadkością. Jednak sama groźba postępowania karnego stanowi istotny element presji prawnej i znacząco podnosi koszty obsługi sprawy (konieczność zaangażowania obrońcy).
Koszty obsługi prawnej (prewencyjne i reaktywne)
Niezależnie od ewentualnych odszkodowań, samo obsłużenie sytuacji kryzysowej generuje koszty.
| Etap | Działanie | Szacunkowy koszt (po stronie naruszyciela) |
|---|---|---|
| 1. Wezwanie przedsądowe | Otrzymujesz pismo z kancelarii. Musisz je przeanalizować i skonsultować. | 500 – 1500 zł (konsultacja prawna) |
| 2. Odpowiedź na wezwanie | Konieczność sporządzenia odpowiedzi (chyba że usuwasz logo i liczysz, że sprawa ucichnie). | 800 – 2500 zł |
| 3. Negocjacje ugodowe | Jeśli strona przeciwna żąda odszkodowania, negocjujesz wysokość. | 2000 – 5000 zł |
| 4. Postępowanie sądowe | Pozew, odpowiedź na pozew, rozprawy, apelacje. | Od 10 000 zł wzwyż (sam koszt adwokata/radcy) + koszty sądowe + ewentualne koszty strony przeciwnej |
Koszty pośrednie (trudno mierzalne, ale realne)
- Utrata kontraktów: Wpisanie do rejestru dłużników lub negatywna prasa w branży.
- Utrata partnerstwa: Dla firm aspirujących do programów partnerskich (Google, Meta, Microsoft) – jakakolwiek prawomocna sprawa o naruszenie praw własności intelektualnej może skutkować wykluczeniem.
- Straty czasu: Godziny spędzone na korespondencji z prawnikami, zamiast na rozwijaniu biznesu.
Wnioski z analizy
Ryzyko związane z nieuprawnionym użyciem logo nie jest abstrakcyjne. To realne kwoty od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych, nawet w przypadku pozornie „drobnych” naruszeń.
Decyzja o pozostawieniu logo bez zgody jest decyzją o przyjęciu na siebie tego ryzyka. Niektórzy przedsiębiorcy akceptują je, uznając, że prawdopodobieństwo kontroli jest niskie. Jest to racjonalna kalkulacja, pod warunkiem że jest świadoma.
W przypadku podmiotów o ugruntowanej pozycji rynkowej lub korzystających z programów partnerskich dużych platform technologicznych, ryzyko to należy uznać za niedopuszczalne. Koszt utraty zaufania lub wykluczenia z programu partnera wielokrotnie przewyższa potencjalną korzyść z posiadania logotypu w sekcji „Zaufali nam”.
💰 Nie chcesz płacić odszkodowań?
Skonsultuj z nami swoją stronę – sprawdzimy, czy nie grozi Ci ryzyko. —
Umów bezpłatną konsultację →
Jak legalnie używać logo na stronie, żeby nie skończyć jak ten gość ze Świętego Rocha
Dobra. Markow właśnie zaserwował wam zimny prysznic. Tabelki, paragrafy, kwoty. Pewnie część z was myśli: „Kurwa, to ja mam teraz zdejmować wszystkie loga ze strony?”.
Nie panikujcie.
Nie musicie zdejmować wszystkiego. Musicie to po prostu ogarnąć. Legalnie. Bez ryzyka, że wjedzie wam ekipa w czarnych skodach (bo w Białymstoku to jednak skody, nie limuzyny).
Poniżej instrukcja obsługi. Prosta, bezpłatna i skuteczna. Zrobiona przez gościa, który sam przeszedł drogę od „wrzucam jak leci” do „cholera, jednak lepiej zapytać”.
1. Klauzula w umowie – załatwiasz sprawę na zawsze
To jest najprostsze. Jak podpisujesz umowę z nowym klientem, wrzuć do niej jeden punkt. Dosłownie jeden:
„Klient wyraża zgodę na wykorzystanie jego nazwy, logotypu oraz wizerunku marki w celach marketingowych, w tym na stronie internetowej, w mediach społecznościowych i materiałach promocyjnych wykonawcy, przez czas nieokreślony.”
Zrobione. Masz zgodę. Na zawsze. I jak klient podpisze, to już nie ma gadania. Jak za pięć lat zmieni zdanie? To ma problem, bo wyraził zgodę. Ty jesteś czysty. – To ważne, podobnie jak inne aspekty tworzenia strony firmowej.
2. Mail z potwierdzeniem – jak nie masz umowy, to chociaż tyle
Nie chce ci się robić aneksu do umowy? Spoko. Wielu klientów działa na zaufanie, bez papierów. Ale to nie znaczy, że masz być goły.
Wyślij maila. Krótkiego, konkretnego:
„Cześć, robimy nową wersję strony i chcielibyśmy wrzucić Wasze logo do sekcji 'Nasi klienci’. Mogę? Będzie z linkiem do Waszej strony, fajna ekspozycja.”
Jak odpisze „ok”, „spoko”, „jasne” – masz zgodę. To jest dowód w sądzie. Poważnie. Wydrukuj sobie tego maila i schowaj do szuflady. Jak kiedyś przyjdzie wezwanie, wyciągasz i mówisz: „Proszę bardzo, zgoda jest”.
3. Media Kit – jak masz do czynienia z dużą firmą
Duże firmy, te z działami prawnymi, często mają to ogarnięte. Wchodzisz na ich stronę, szukasz „dla partnerów”, „media kit”, „press room”, „brand guidelines”.
Jak tam jest logo do pobrania, to znaczy, że możesz go użyć. Ale uwaga – pod warunkiem, że zastosujesz się do zasad.
Przeczytaj je. Naprawdę, to nie boli. Często jest tam napisane: „logo może być tylko w kolorze czarnym lub białym, na jednolitym tle, z odstępem minimum 10 mm od innych elementów, nie modyfikować proporcji, nie dodawać cieni, nie obracać”.
Jak to zignorujesz i wrzucisz tęczowe logo z obrotem 3D, to nawet jak masz zgodę, mogą się wkurwić. Bo naruszasz ich wytyczne. A wtedy znowu: wezwanie, awantura, stres.
4. Czego unikać – czyli jak nie spieprzyć sprawy
- Nie modyfikuj logo. Nie zmieniaj kolorów, nie doklejaj cieni, nie obracaj. To tak, jakbyś komuś dał swój samochód, a on mu pomalował dach na różowo i wstawił felgi z malucha.
- Nie wrzucaj logo „na zapas”. Jak nie masz pewności, czy masz zgodę – nie wrzucaj. Lepiej mieć mniej logo, ale pewnych, niż więcej i ryzykować.
- Nie kombinuj z „celami informacyjnymi”. To, że opisałeś na blogu, jak fajnie współpracowało ci się z Allegro, nie znaczy, że możesz wrzucić ich logo do stopki. Na blogu – tak, to cytat. W stopce – nie, to reklama. Granica jest cienka, ale prawo ją widzi.
5. Audyt – raz na rok przejrzyj swoją stronę
Usiądź raz na rok i przejrzyj sekcję „Partnerzy”. Sprawdź:
- Czy ci partnerzy nadal istnieją?
- Czy nie zmienili logo?
- Czy nadal masz z nimi kontakt?
- Czy masz dowód zgody (mail, umowę)?
Jak coś jest niejasne – usuń. Lepiej stracić jedno logo, niż tłumaczyć się przed sądem. Przeczytaj więcej w naszej bazie wiedzy.
🔍 Chcesz mieć pewność, że Twoja strona jest zgodna z prawem?
Zamów audyt strony, który wychwyci wszystkie nieprawidłowości. —
Sprawdź cennik audytu →
Moja spowiedź: Error24, Gearbest i logo Rzecznika Praw Konsumenta (też bez zgody)
Wiecie co?
Mógłbym tu stać i mówić jak święty. „Róbcie tak, a nie owak, bo prawo to prawo”. Ale pojebało mnie? Byłbym hipokrytą.
Prowadziłem Error24.pl. Sklep i serwis z telefonami, głównie Xiaomi, ale nie tylko. I co? Dodawałem loga innych marek? Oczywiście, że tak! Dawałem jak leci.
Zrobiłem naprawę dla Gearbesta czy innego dużego dostawcy z Chin? Od razu wrzucałem ich logo na stronę. „Współpracuję z Gearbestem” – dumnie wisiało.
Rzecznik Praw Konsumenta wysłał do mnie raz czy dwóch klientów na ekspertyzę telefonu? No kurwa, logo Urzędu od razu lądowało na stronie! „Współpracujemy z Rzecznikiem Praw Konsumenta”. Brzmi poważnie, prawda?
Zgody? Jakie zgody? Nie znałem takiego słowa.
Dawałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Fakt, nie wymyślałem totalnie – zawsze miało to jakiś związek z rzeczywistością. Rzecznik faktycznie wysłał klientów, Gearbest faktycznie zlecił naprawę. Ale „zgoda” na użycie logo? Zapomnij. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby pytać.
Miałem więcej szczęścia niż rozumu. Bo nigdy nic złego mnie za to nie spotkało. Przeleciało.
I teraz bomba.
Error24 ma nowego właściciela. Wejdźcie sobie na ich stronę główną. O jej… Nawet Google tam jest! Wszystkie marki smartfonów jakie istnieją, ładnie w rzędach, jedno przy drugim.
Czemu akurat Google? Bo oni naprawiają Pixele. Modele Google. Raz, drugi, trzeci trafił im się telefon pod marką Google do serwisu. I na tej podstawie – „naprawiamy, więc możemy wrzucić logo” – powiesili je na stronie.
Czy to legalne? Raczej nie. Czy to ma więcej sensu niż moje wrzucanie logo Rzecznika? Też nie. Ale robią to. I pewnie też nie mają zgody.
Obecny właściciel leci sobie bardziej, niż ja kiedykolwiek. I pewnie też ma więcej szczęścia niż rozumu.
Nie mówię tego, żeby was rozgrzeszać. Mówię, żebyście wiedzieli – nie jestem tutaj od moralizowania. Sam tak robiłem. I gdybym dziś prowadził Error24, robiłbym to inaczej? Kurde, pewnie tak. Ale to tylko moja opinia. Nie będę nikomu mówił, jak ma żyć. Jak chcesz ryzykować – ryzykuj. Tylko potem nie pisz, że cię nie ostrzegałem.
Zaznaczam: to, co napisałem powyżej, to moje prywatne zdanie. Nie jestem prawnikiem, nie udaję adwokata. Możesz zrobić ze swoją stroną, co chcesz. Możesz wrzucać logo Apple, Microsoftu i Watykanu obok siebie. Twoja firma, twoje ryzyko. Ja ci tylko mówię, jak to widzę z perspektywy kogoś, kto siedział w tym bagnie i widział, jak innych w nim topią.

FAQ – Najczęstsze pytania o używanie logo bez zgody
🚀 Postaw na profesjonalną stronę z Redinfire
Nie ryzykuj – zaprojektujemy dla Ciebie bezpieczną i skuteczną stronę internetową. —
Zobacz ofertę →